Remember

Mateiu Caragiale | August 21, 2008
Translated by: Joanna Kornaś-Warwas

 

Zdaje się nam, że są sny, które już kiedyś, gdzieś przeżyliśmy, podobnie jak są przeżycia, o które pytamy samych siebie czy nie były snem. Nad tym rozmyślałem owego wieczoru, gdy przewracając papiery, by sprawdzić co jeszcze nadaje się do spalenia, natrafiłem na list przywołujący wspomnienie pewnego dziwnego zdarzenia, tak dziwnego, że gdyby nie minęło zaledwie siedem lat od czasu, kiedy miało ono miejsce, uwierzyłbym, że w rzeczywistości tylko śniłem lub, że przeczytałem bądź zasłyszałem o tym dawno temu.
Było to w 1907 roku. Zachorowałem ciężko podczas pobytu w Bukareszcie i wróciłem do Berlina, do domu. Z trudem powracałem do zdrowia i wymagałem troskliwej opieki. Na odjezdnym, doktor polecił mi wystrzegać się nawet najlżejszych wstrząsów duchowych. Biedny doktor! Wzruszyłem ramionami z uśmiechem i odpowiedziałem, by był spokojny.
Po dwuletniej, przymusowej przerwie ponownie oglądałem Berlin. Mam do Berlina dużą słabość; nawet dość smutne okoliczności przyjazdu nie zagłuszyły przyjemności, jaką czerpałem z powrotu do tego miasta. Odnalazłem je takim, jakie zostawiłem: jak zawsze pełne kwiatów. Nigdy nie wydawało mi się tak piękne jak wówczas, na początku czerwca.
Jednakże o przemierzaniu i obieganiu miasta jak dawniej, nie było już mowy. Męczyłem się szybko, a zmęczenie mogło ułatwić nawrót choroby. Zgodziłem się tedy pozostać jakiś czas w domu; to poświęcenie wynagradzane mi było po części pięknem dawnej muzyki grywanej u nas od rana do wieczora. Ogarnięty słodkim półsnem, pozwalałem rodzić się marzeniom i rozpływać im do woli w mnogości subtelnych harmonii. Patrzyłem przez okno, spod półprzymkniętych powiek na falujące kręgi tęczy w wodnym pyle fontanny znajdującej się pośrodku rozległego ogrodu. Łagodny wietrzyk z zachodu, kołysał purpurowe girlandy z róż rozwieszone na tarasie naprzeciwległego domu, przynosząc mi ich zapach. Wieczór ożywiał cienie, w zwierciadłach tajemniczo drgały dreszcze. To była pora, na którą czekałem, by podziwiać najpiękniejszy zakątek placu – nietknięty kawałek lasu, w samym środku miasta – kilka starych drzew posępnych i gęstych, stworzonych po to, by służyć za wzór sławnym mistrzom malarstwa.
 
*
Odnajdywałem je właśnie w muzeum Fryderyka, na obrazie Ruysdaëla, te same krzaczaste drzewa ocieniające niszczejący zamek przy wodospadzie. Niegdyś nie potrafiłem przejść obok niego nie zatrzymawszy się na dłużej. Spoglądając nań, wracałem bez końca myślami do kawałka sinawego nieba w głębi obrazu. Jest we mnie zakorzenione, niczym pozostałość pradawnych wierzeń, nabożne i pogańskie uwielbienie dla starych drzew. Im to zawdzięczam wielce szlachetne i poważne inspiracje, gdyż nie wierzę, że istnieje na świecie ludzki głos czy kunsztowny śpiew, który by mnie poruszył żywiej niż ów tajemniczy szmer wzbudzany wśród listowia drzew przez wieczorny podmuch wiatru. Te malowane drzewa cieszyły mnie nawet bardziej niż prawdziwe; ów niewielki, pełen melancholii pejzaż jawił mi się, niczym zwierciadło mej duszy.
Przychodziłem do muzeum dość często. Choć tak bardzo pochłaniała mnie kontemplacja pejzaży, nie traciłem z oczu innych zwiedzających, niekiedy interesujących, więc często dostrzegałem wśród nich młodego człowieka, który zwłaszcza tam, przyciągnąłby uwagę każdego, można było o nim śmiało powiedzieć, iż zszedł ze starego płótna za sprawą jakiegoś czaru. Czy istnieje droższa przyjemność dla tych, którzy hołdują przeszłości, od spotkania żywej ikony minionych wieków? Dwa lata wcześniej dostrzegłem w sali z malarstwem francuskim kobietę, która kopiowała Marię Mancini z obrazu Mignarda. Była tak uderzająco podobna do pierwowzoru, iż odnosiłeś wrażenie, że przeglądając się w lustrze, szkicuje samą siebie, upiększając własny wizerunek.
Podobnie ów młodzieniec przypominał niektórych spośród lordów, których spojrzenia, ręce i uśmiechy uczynił nieśmiertelnymi Van Dyck, a następnie Van-der-Faës. Mówię niektórych spośród lordów, bowiem większość wygląda tak samo. Dawniej, na rodach ograniczonych do najbliższej rodzinny i skoligaconych krewnych, żyjących razem, zachowujących podobny styl bycia i obyczaje, każda epoka odciskała ten sam wyraz twarzy, jeśli nie podobny wygląd. Zdarza się znów, że tam gdzie najmniej się tego spodziewamy, wyłaniają się postaci, których prawdziwego pochodzenia należałoby szukać gdzie indziej, w innych krajach, pośród innych narodów, w innych epokach, nie podejrzewając ani trochę, iż przypominają dalekich krewnych, od których dzieli nas przepaść czasu.
Choć zbyteczne było czynienie jakichkolwiek przypuszczeń o pochodzeniu owego młodzieńca, miewałem różnego rodzaju przemyślenia na temat jego osoby, doprawdy jedynej w swoim rodzaju, dziwnej, narzucającej się i przykuwającej uwagę. Ujmował mnie urok zimnej pychy tego młodego człowieka, który w pełni swej urody, kroczył samotnie przez życie, obojętny, z podniesionym czołem. Od początku wierzyłem, że jest on jednym z tych wyjątkowych stworzeń, obcych ludzkości, do których czułem od zawsze nieodparty pociąg. Widywałem go prawie codziennie; muzeum nie było jedynym miejscem, gdzie mogłem go spotkać. Podczas spacerów po mieście, które zacząłem ponownie odbywać, z obawy przed przemęczeniem, robiłem dłuższe odpoczynki w sklepie, gdzie degustowano arcydzieła starej niderlandzkiej wódki. Według Ruysdaëla, Van- Brouwera i Van-der-Hoogha. Nigdzie nie dochodziłem do siebie szybciej, jak w tym wąskim i mrocznym pomieszczeniu, którym mógłby poszczycić się w swym mieszkaniu niejeden majster czy starosta cechu. Do połowy ściany było bogato wyłożone opalonym dębem, skąd wychodziła na zewnątrz gruba deska tworząc wokoło sporych rozmiarów półkę, na której ustawiono rzędem dzbany i delfickie naczynia gliniane. Jakże cudowne spędzałem tam chwile!
Oprócz mnie, na jedynej ławie gościnnej izby, w samotny dzień, ów młodzieniec o obliczu jak ze starego portretu sączył z wolna najsłodsze i najbardziej aromatyczne trunki podobne do roztopionych klejnotów, skłaniające do egzotycznych marzeń i odległych nostalgii, doprawione piekącymi przyprawami korzennymi z Jawy lub Antyli. Tam, zdaje się, nie byliśmy sobie już obcy i - co zabawne - nieco później, gdy się poznaliśmy, okazało się, że obydwoje odnieśliśmy wrażenie, iż już kiedyś siedzieliśmy razem w podobnej izbie.
Nigdy bym nie przypuszczał, że się nawet zaprzyjaźnimy, skłonny twierdzić, iż pochodzi z zupełnie innego niż mój świata. Rzucało się w oczy: jeden z nas to kwiat polny, drugi zaś ogrodowy. Albo trzeba było wieków, by u swego zmierzchu, owa wyższa klasa rozwinęła się tak wspaniale, zbliżywszy w chlubnym rozkwicie błękitnej krwi do ideału, albo byłby to zaledwie szczęśliwy zbieg okoliczności - we wszystkich obliczach więcej nie dałoby się wyrazić. Potrzebna była jeszcze, co prawda, odrobina starań co dnia, by ta chluba ludzkości upiększyła swe oblicze, gdyż tak szykownego stroju nie było mi dane widzieć nawet u kobiety. Czy można by zatem sądzić, że był jednym z tych rozpustników o pokrętnych upodobaniach, których liczba zdawała się wzrastać w ostatnich czasach, niemal wszędzie, w niepokojącej mierze? Nie, nie mógłbym w to uwierzyć, bowiem choć na ustach tej wymalowanej marionetki pojawiał się niekiedy niepokojący uśmiech, oczy ukryte pod surowym łukiem brwi miały ową niewinną przejrzystość spotykaną jedynie u bohaterów i dzieci.
Był też bardzo młody; mógł mieć najwyżej dwadzieścia lat. Czegóż to nie wolno w tym wieku, zwłaszcza, gdy jest się zamożnym? Brak obaw o dzień jutrzejszy zmienia człowieczy rozum tłumiąc poczucie odpowiedzialności; bogactwo rozleniwia i wprawia w słodkie odurzenie, które skłania do pogoni za rzadkimi uciechami i nowymi wrażeniami. Do takiego świata, obojętnego i próżnego, wyzbytego szeregu uprzedzeń, należał i mój nowy znajomy, który bez wątpienia, cieszył się zasobnymi środkami do życia. Zdawało się natomiast, że żył poza tym światem a nawet więcej, poza jakimkolwiek światem.
Byli też inni tacy jak on – W. w Berlinie, lecz tych można było ujrzeć rzadko, jadących konno we mgle poranka lub wyruszających wieczorami na poszukiwanie rozmaitych uciech. Widywałem go skądinąd na jednej z ulic, gdzie mieszkał, graniczącej od zachodu z królewskim Tiergarten, okalającej go cudownym łańcuszkiem willi, gdzie za sprawą dostatku udało się niemal ponownie stworzyć raj na ziemi. Wyobrażałem go sobie tedy wertującego smukłymi palcami kosztownie oprawione książki w urządzonej z przepychem samotni pokoi z głębokimi lustrami gdzie wprawiała w stan odurzenia obfitość rzadkich kwiatów. Czyż złudzenia takiego obrazu nie wywoływał jedynie ów namiętny zapach, jaki roztaczał wokół siebie; tak upajający, iż sprawiał, że śniłeś na jawie?
Aubrey de Vere. Gdy tak się zastanawiam... rozmawialiśmy pewnego dnia tak, jakbyśmy się znali od zawsze. Jego normandzkie nazwisko – do dziś nie wiem czy rzeczywiście tak się nazywał - nie było mi obce, będąc rodowym nazwiskiem porywczych hrabiów z Oxfordu. Po wygaśnięciu tegoż rodu, zostało przyłączone do nazwiska Beauclerk książąt z Saint-Albans, z lewej linii Stuartów. Jeśliby się przypadkiem wywodził z takowych, przyniósłby im większy zaszczyt niż oni jemu. Choć był Anglikiem z krwi i kości, w mowie posługiwał się francuszczyzną, ale rzadko było mi dane go usłyszeć. O niskiej barwie dźwięku, łagodny i czysty, ów język był dla niego czymś więcej niż sposobem porozumiewania się, mianowicie środkiem do oczarowywania. Dowiedziawszy się kim jest, natychmiast w pełni zrozumiałem jego sposób bycia; obyczaj którym Brummel wyróżnił swe imię dostrzegalny był u Aubreya w pełnej okazałości. Znalazłem nawet wytłumaczenie dla owej przyjemności malowania się: pierwsi mieszkańcy Albionu, z których się wywodził, czyż nie malowali sobie na niebiesko odsłoniętych części ciała? Ten kolor był mojemu nowemu przyjacielowi szczególnie drogi, nosił go całym sobą, w oczach, pod delikatną skórą rąk, na których, raz na jednej to znów na drugiej połyskiwało siedem pierścieni, wszystkie bliźniaczo podobne – siedem Cejlońskich szafirów. Oprócz bransolety i niezapomnianego zapachu czerwonych goździków, pierścienie były jedynym elementem jego stroju, któremu pozostawał wierny, poza tym, nie wiem czy widziałem go dwa razy w tym samym ubraniu. Lecz owa staranna toaleta była dla niego jedynie szczegółem w całej doskonałości udanej harmonii. Aubrey de Vere miał doskonały błyskotliwy umysł, byliby z niego dumni w najbardziej zamkniętym kręgu, czułby się dobrze wśród rzeszy uczonych. Jeśli przyznawał, że swą bieliznę pierze w Londynie dodawał, że w podobny sposób w Paryżu osiemdziesięciu paniczów na stu prało ją we Flandrii, zaś ci z Bordeaux w Curaçao i tak potrafił opowiadać o wszystkim, odwołując się do przeszłości, przybliżając czarujące szczegóły, ilekroć zdarzało mu się opowiadać o swych podróżach przez dawne ziemie Wschodu, bądź przez utracone wyspy Oceanu Spokojnego, gdzie panuje wieczna wiosna. Tyle mogłem dowiedzieć się o jego życiu: że widział wiele przemierzywszy lądy i morza i, że jeszcze więcej przeczytał, nazbyt wiele, jak na jego wiek. Możliwe, że mieszał to, co zobaczył z tym, co przeczytał, lub oceniał to, co widział przez złudny pryzmat lektur; to wraz z bogactwem trochę przewróciło mu w głowie, choć z natury osądzał jasno i logicznie. Tak, na przykład, zrozumiałem, że prowadzi śmiałe badania okultystyczne, do których był wprost stworzony, zważywszy na rzadką, wrodzoną do tego skłonność i bardziej zdumiewające wykształcenie. Zdawało się nawet, że miał większy związek z duchami niż z żywymi, gdyż w jego opowiadaniach nie było nigdy słowa o ludzkich istotach.
Z jakiej okazji, w jakich okolicznościach odbył tak młodo tyle cudownych podróży, nie mówił, podobnie, kim jest i skąd przybył, czy ma rodziców, krewnych, przyjaciół, chociażby gdzie mieszka, nic, zupełnie nic. Jakże panował nad sobą, iż w tym wieku potrafił się tak kryć i niczym nie zdradzić? Skoro jednak z niczego się nie zwierzał ostatecznie coraz mniej zadawałem mu pytań i przypuszczam, że właśnie dlatego zawiązaliśmy przyjaźń. Gdybyśmy spotykali się wieczność, byłby coraz bardziej skłonny do zwierzeń, zapewne bardziej niż ja do zadawania pytań. Zresztą nawet nie próbowałem się czegoś dowiedzieć: cóż mnie to obchodziło? Pewnego dnia zobaczyłem go przypadkiem – on mnie nie zauważył – jak wybierał kwiaty za czterysta-pięćset marek, goździki i rzadkie orchidee - prawdziwa rozpusta – i mógłbym był wówczas, ponieważ znałem kwiaciarkę, jak tylko wyszedł, wstąpić po kwiat do butonierki i dowiedzieć się, gdzie polecił je wysłać, uchylając w ten sposób rąbka tajemnicy. Ale po co? Bardzo możliwe, że miał jakiś cel w tym usilnym staraniu, z jakim osłaniał swą krótką przeszłość, każdy dzień swego życia, jednakże było - powtarzam to znów - tyle dumy w jego spojrzeniu, wciąż obojętnym na to, co działo się na ziemi, iż wyglądało na to, że błądzi gdzieś, w dalekim świecie marzeń, rozpraszając tym samym najmniejszy cień wątpliwości, podejrzenia. A jednak, nie umknęło mej uwadze, że czasami skłonny był coś powiedzieć, ale rozmyślał się z miejsca, dusząc to w sobie. Czerwienił się wtedy pod warstwą pudru zaś oczy stawały się pochmurne tak, iż przez krótką chwilę zdawało mi się, że dostrzegam skrywane wzburzenie? Nie mógłbym przysiąc, wiem jednak, że gdy opowiadał o czymś, jego spojrzenie stawało się głębsze; zatrzymywał wzrok na nieodłącznych pierścieniach; patrzył nań długo i z czułością, jakby w tych kamieniach kryła się tajemnica jego życia, odbijając w chłodnej przejrzystości błękitu wszystkie jego myśli i wspomnienia.
Od pewnego czasu, bez zacieśniania więzów naszej przyjaźni, widywaliśmy się częściej, niekiedy z rana, zazwyczaj popołudniu, nigdy jednak wieczorami, nigdy. Z powodu upału porzuciliśmy holenderską tawernę i spotykaliśmy się przy Grunewald, na tarasie kawiarni, położonej na skraju sosnowego lasku – taras tonący we wszystkich odmianach i kolorach róż, które trzęsły się z każdym podmuchem wiatru. Przychodził zawsze bez pośpiechu i punktualnie. Jednakże, pewnego razu, oczekiwałem go na próżno aż do kolacji. Po powrocie do domu, znalazłem list, w którym prosił krótko o wybaczenie swej nieobecności, podpisany – Sir Aubrey de Vere. Przyglądnąłem się uważnie śmiałemu pismu, dużym literom i pieczęci z błękitnego wosku: sfinks leżący pośrodku podwiązki podobnej do tej, która otaczała tarczę w herbie Wielkiej Brytanii. Na wstążce widniał napis „Remember”.
Nie zadowalało mnie to, heraldyka, oczekiwałem, że znajdę prawdziwe oręża, a nie zwyczajne godło. Od czasu tego listu, Sir Aubrey nie dał więcej znaku życia. Nie było w tym nic dziwnego: straszliwa, parna spiekota wprawiała miasto w rozleniwienie, czyniąc zeń olbrzymie siedlisko zła i rozpusty. Można było wyjść jedynie wieczorem, a wtedy Sir Aubrey nie pokazywał się. Natomiast noce bywały tak piękne, że z trudem zdobywałem się na powrót do domu. Włócząc się wciąż do późna, miałem kiedyś, około północy, w pustej alejce z Tiergarten, dziwne spotkanie.
Minęła mnie wysoka kobieta o bujnych czerwonych włosach, ukrytych pod wielkim kapeluszem z piórami, kobieta wątła i koścista, bez ramion i piersi, w obcisłej sukience z czarnymi cekinami. Kroczyła sztywna niczym martwa, pchana jakąś pozaziemską siłą, wbrew własnej woli, do tajemniczego celu w środku nocy. Nie wiem, dlaczego nie mogłem uwierzyć, że jest kobietą jak wszystkie inne. Z miejsca, zanim dostrzegłem jej duże oczy, mierzące tak, iż zdawało się, że przeszywa cię wzrokiem oraz rysy jej zbyt wymalowanej twarzy odniosłem wrażenie, że ją rozpoznaję.... Lecz, czyż mógłbym mieć wątpliwości, czyż mogłoby to być tylko podejrzenie, skoro na smukłych palcach jej ręki widniało, niczym kpina, siedem Cejlońskich szafirów? Osłupiałem, owładnięty niepokojącym uczuciem zakłopotania, niesmaku i obawy, po czym z nozdrzami wypełnionymi znajomym zapachem – zapachem czerwonych goździków – podążyłem jej śladem. Było jednak za późno, zgubiłem ją. W końcu alei czekało kilka dorożek, wsiadła najwidoczniej do jednej z nich i odjechała.
Dla takiego starego Berlińczyka jak ja byłoby dziecinnym dać się ogarnąć zdumieniu. Czegóż to ja nie widziałem! Za sprawą nikczemnej ciekawości czatowałem w pobliżu tego miejsca kilka wieczorów. Nic nowego. W międzyczasie spiekota stawała się coraz bardziej uciążliwa: w dniu poprzedzającym tę noc, o której zaraz opowiem, ludzie padali na ulicy jak muchy. Noc była aksamitna i ołowiana; łagodny powiew ciepłego wiatru na próżno starał się rozproszyć duchotę, jaka ciążyła w powietrzu. Las i ponure ogrody milczały jakby zamarły za sprawą złego czaru; pachniało tajemnicą, grzechem, obłędem. Z trudem podążałem naprzód w ciemnościach, jakie zapadły na opustoszałych ulicach, zatrzymując się niekiedy, znużony i osłabiony. Na rozdrożu gdzie znajduje się fontanna Rolanda z Berlina, w zbyt jasnym świetle, które, po przebytych ciemnościach, wyostrzyło mój wzrok, stanąłem twarzą w twarz z Sir Aubreyem, co, gdy mu się lepiej przyjrzałem, nie sprawiło mi wcale przyjemności.
Nie dlatego, że tym razem przebrał wszelką miarę. Mimo wszystko, nie wychodzi się w ten sposób między ludzi. Puder, który nałożył na twarz był niebieski, usta i nozdrza miał pomalowane na fioletowo, upiększył też włosy, posypując je złotym pyłem zaś wokół oczu narysował sinawo-czarne obwódki, które nadawały mu wygląd śpiewaczki lub tancerki. Prócz tego, ubrany był nienagannie w błękitny frak z orchideą w butonierce, na który narzucił lekką, wieczorową pelerynę, na ręce miał jak zwykle bransoletę i pierścienie. Coś się w nim jednak zmieniło, był poruszony i niespokojny, podczas gdy ja byłem łagodny i zgaszony.
Mówił inaczej niż zwykle, szybko i drżącym głosem, prosząc bym z nim został - on, który należał do tego rodzaju ludzi, co mimo swej dostojności dają do zrozumienia, iż znoszenie czyjegoś towarzystwa jest z ich strony dużym poświęceniem. Co więcej, wziął mnie nawet pod ramię i zawrócił z drogi. Czułem jak jego ciało drży z zimna i widziałem jak jego oczy wpatrzone w otchłań, szklące się jak oczy kobiety z czerwonymi włosami, zachodzą łzami, melancholijne i zagubione. Tak jak wówczas nie mogłem uwierzyć, że postać, którą spotkałem była kobietą, tak teraz miałem wrażenie, że istota, która mnie wlokła za sobą w cień, nie jest mężczyzną.

 

About this issue

This July, The Observer Translation Project leaves its usual format to present a special CRISIS ISSUE. Things are tough all over. Hard Times suddenly feels like the book of the moment. The global economic crisis impacts life as we know it, and viewed from Bucharest the effects reverberate in domains that include geo-politics and publishing in Romania and abroad, with the crisis at The Observer Translation Project as an instance of a universal phenomenon. read more...

Translator's Choice

Author: Vasile Ernu
Translated by: Monika Oslaj

Oda sovjetskom toaletu

Oda sovjetskom toaletu Posvećeno Iliji Kabakovu Za sovjetskog građanina ne postoji ništa intimnije od toaleta (Dopustite mi sa velikim poštovanjem koje imam prema ovom mjestu i ovoj ...

Exquisite Corpse

Planned events in Cultural Agenda see All Planned Events

17 December
Tardes de Cinema Romeno
As tardes de cinema romeno do ICR Lisboa continuam no dia 17 de Dezembro de 2009, às 19h00, na ...
14 December
Omaggio a Gheorghe Dinica Proiezione del film "Filantropica" (regia Nae Caranfil, 2002)
“Filantropica” è uno dei film che più rendono giustizia al ...
12 December
Årets Nobelpristagare i litteratur Herta Müller gästar Dramaten
Foto: Cato Lein 12.12.2009, Dramaten, Nybroplan, Stockholm I samband med Nobelveckan kommer ...
10 December
Romanian Festival @ Peninsula Arts - University of Plymouth
13 & 14 November 2009. Films until 18 December. Twenty of Romania's most influential and ...
10 December
Lesung und Gespräch mit Ioana Nicolaie
Donnerstag, 10. Dezember, um 19.30 Uhr Ort: Szimpla Café Gärtnerstrs.15, ...
 
 

Our Partners

Razvan Lazar_Dunkelkammer SENSO TV Eurotopics Institutul Cultural Roman Economic Forum Krynica Radio Romania Muzical Liternet Radio France International Romania Suplimentul de cultura Radio Lynx