Popiół

Stelian Tănase | September 30, 2008
Translated by: Radosław Biniarz

 

Popiół

Skrzydlata i chłodna noc uderzyła go jak tylko otworzył okno. Zasypiał na stojąco mniej więcej od południa. Boli go kark, ramiona mu ciążą. Przeciąga się jak kot na parapecie. Rozgląda się za Jerrym wzdłuż daszków, na korytarzu, na skwerze. Nie widać go nigdzie. Jego wzrok przyzwyczaja się do ciemności. Na zewnątrz całe mnóstwo czarno-niebieskich, atramentowo-popielatych kształtów, wydłużonych cieni. Latarnia wrośnięta w kąt buzuje, oświetlając i skrywając mury. Efekt, który męczy jego oczy. Na chodnikach dość dużo ludzi, noc Zmartwychwstania, skończyła się msza i ludzie wracają do domów z zapalonymi świecami w rękach, przechodząc przez tory tramwajowe podzieleni na małe grupki. Niektórzy zatrzymują się na przystanku i zapełniają wagony małymi światełkami, które rozświetlają szyby. Pozostali rozchodzą się między pobielonymi blokami. Mnogość niedyskretnych głosów z dołu. Męczą go nerwobóle, bierze łyk Algocalminu. Gorzki smak otrzeźwia go przez chwilę, pakuje sobie watę do uszu, ponownie rozciąga się na kanapie z rękoma pod głową, patrzy w sufit. Pia. Słyszy swój ciężki oddech, jakby miał kość w gardle. Obraca się i przekręca gałkę swojego starego radia. Krótko mówiąc, wszędzie msza– Europa ogarnięta pobożnością.

Wpada do kuchni coś przekąsić, nie jest głodny, lecz nie bardzo wie, co z sobą zrobić. W zlewie stos tłustych naczyń, śmieci z całego tygodnia nie wyniesione do zsypu, skorupki jajek, skórki salami wysuszone na blacie, upita do pół butelka mleka, piętka chleba na fioletowej ceracie. Miska Jerry’ego, jego sympatycznego, pasiastego kota, przy kaloryferze w rogu, kawałek gazety, kartonik z piaskiem, kupka. Czyścioch z niego, nie ma co, teraz pewnie ugania się za panienkami. Wyciąga z gniazdka wtyczkę od lodówki. Zwilża kilka kęsów i kładzie do miseczki, zanim wróci, Jerry będzie już w domu. Przegląda się w lustrze na korytarzu. Jego gęba nic mu nie mówi, ta sama bezbarwna twarz, lekko zaszczute, podkrążone oczy, nie przystrzyżona broda, witam! Przez ściany przenika trajkotanie państwa Ionescu, kłócą się o swoją smarkulę, minęła północ, a ta cholera nie wróciła, brawo, co za wychowanie, chyba zwariowałeś, poszła do kościoła, bzdura łazi z jakimiś lowelasami. Naczynie uderza o podłogę, kobieta krzyczy, trzaskają drzwi. Do diabła z takim chłopem, gdzie się taki wylągł!

Beknięcie z żołądka wypełnia mu usta gorzkim smakiem. Przekąsi coś w Klubie. Bierze z wieszaka ortalionowy płaszcz, beret, szalik, wzuwa stopy w mokasyny i wychodzi zamykając odruchowo drzwi. Gwiżdżąc schodzi po schodach. Sprawdza windę – uszkodzona. Na schodach spotyka panią Elwirę z trzeciego, gruba, wymalowana, tlenione włosy, wchodzi ciężko oddychając. Mówi, że zmartwychwstał, prawdziwie zmartwychwstał, odpowiada, potem milczy ze swoją twarzą szmacianej lalki. Przysuwa się do ściany i ustępuje jej miejsca, by przeszła. Przez chwilę ma w nozdrzach zapachy potu i gulaszu, którymi przesiąknięte jest ubranie, włosów oblepionych dymem i dezodorantu spod pach. Zapachy przyprawiają go o skurcze wątroby, wciąga powietrze. Jest tak wrażliwy na tym punkcie, że nigdy nie wsiada do windy razem z wyperfumowaną babą. Pani Elwira uśmiecha się do niego – ach pan pianista, nawet pan nie wie, jaka jestem szczęśliwa, kiedy jest pan w domu i gra, och! Ostatnio jednak jest cisza, coś się panu stało, sprzedał pan pianino? Idę prędko, żeby nie zgasło mi światełko za duszę świętej pamięci Gustiego, który zginął. Ech, wypadek kolejowy, panie pianisto, kiedy przyjdzie pan do mnie, jutro, w niedzielę, to znaczy dzisiaj, bo mamy już jutro, już po Rezurekcji, mam baranka, stukniemy się tradycyjnie malowanymi jajkami. Bardzo mi przykro, wrócę wykończony, w porze obiadu pewnie będę spał jak zabity, mam koncert, Ech, panie Sandu, ale pan kłamie, idzie pan do tej młodej damulki, już ja swoje wiem. Ja nie wyszłam za mąż, zachowałam wolność, kocham wolność, nawet za cenę samotności. A jaki koncert, jeśli wolno zapytać? Nie widziałam żadnego afiszu, w radiu też nie mówili. Dajesz recital fortepianowy? Ach, grasz jazz, powiedział mi to pan Făinuş. Interesował się jak sobie radzisz, z czego żyjesz, czy ktoś cię odwiedza, kiedy przychodzisz i wychodzisz. Ech, co ty na to, ale nie opowiedziałeś mi o koncercie. Rock, proszę pani! W klubie, na ostatniej stacji metra. Taaak, mówi rozczarowana, cóż, i podoba ci się to całe hałasowanie? Nie, wie pani, to żeby trochę się rozruszać, rozprostować kości. A temu panu, niech pani powie, że tak zarabiam na życie, brzdąkaniem po klubach. Dancingi osiedlowe. Plus wesela i chrzciny, szukam im­presario, który sprzeda mnie po dobrej cenie, nie jest czasem zainteresowany? Oj, Sandu, naśmiewasz się ze mnie, co ja ci zrobiłam, przyjdź do mnie jutro, będzie też Sile, mój nowy kochanek, powiesz mi co o nim sądzisz. Pani Elwira przedstawiła mu już dwóch typków, ostatni z nich, wąsaty naprawiał telewizory (ten drugi szczerbaty, był technikiem dentystycznym), zapewnił go szybko, że zarabia bardzo dobrze, że mógłby go wykupić razem z jego fortepianem i poprosił go o zaśpiewanie dla siebie i swojej połówki, którą był bardzo zachwycony. Zostawił ich, niech się pławią w swoim szczęściu. Wróciwszy do swojej kawalerki, głaskał fortepian aż do świtu. Zmieszał razem Liszta, rag­time blues, Schumanna, woogyboogy i Mozarta, niech im wyjdzie na zdrowie. Zapomniałem zapytać – przypomniał sobie na podeście – podobał się pani program z poprzedniego tygodnia? Szalenie, a artystów uwielbiam, jestem bardzo wrażliwa. Panie pianisto, skoro już wyznajemy sobie różne rzeczy, niech pan wie, że za długo jest pan sam, zdziczeje pan! Zostawił ją w mroku, ledwie rozpraszanym przez mleczną żarówkę.

Na ulicy zatrzymuje się balansując na krawężniku. Gromada ludzi idących powłóczystym krokiem, w ciszy, pogrążonych w myślach, zajmuje chodniki. Wielu idzie wzdłuż torów nie zważając na samochody, autobusy i tramwaje. Sandu zanurza ręce w kieszeniach i pochyla się nad wodotryskiem. Następnie przesuwa nad strumieniem wody twarz, uszy, włosy, brodę, zamyka oczy i odnosi wrażenie, że Pia spogląda na niego z pewnej odległości. Przeciąga tę przyjemność, aż słyszy ponaglający go głos: No już, nie masz domu? Ta jest do picia! Kierują się do sal, z ukłonem pełnym gracji robi miejsce spragnionemu i oddala się. Odchyla głowę, spogląda w niebo, pozwala by krople potu pływały mu po szyi, zamyka oczy. I nic. Dawne obrazy zniknęły. Wyciera usta i brodę rękawem. Ociąga się, z nogami jakby wrośniętymi w asfalt, taaak, ziewa głośno, bezwstydnie, kładzie się z rozpostartymi ramionami na zatłoczonym skrzyżowaniu. Naciąga beret na głowę. Robi się zimno i zbiera się na deszcz, na niebie kłębią się już chmury. Idzie bez ustalonej trasy. Dzwoniący nerwowo tramwaj wlecze się w kierunku chmur szybujących ponad dachami. Kościsty, śmiejący się motorniczy, przechodzi między ludźmi ściśniętymi na jezdni, zapalone latarnie szeleszczą w niemal żywym mroku. Światełka iskrzące się w wagonach, twarze przyciśnięte do szyb. Sandu zwalnia kroku. Kawowa powolność, chłodny, mglisty, świąteczny kwiecień. W kieszeni znajduje dropsa, szybkim ruchem wrzuca go do ust. Cytrynowy smak poprawia mu nastrój.

Wysiada po czterech przystankach, po tym jak przemierzył kilka stacji wśród tego samego pejzażu chodników pełnych ludzi i zapalonych świateł. Przesiada się do innego tramwaju, wszystko podoba mu się tej nocy, mrowie ludzi, szepty, sine chmury, oświetlone okna, nawet milicjanci patrolujący w grupach skrzyżowania – nic mu nie przeszkadza. Obserwuje miasto ponad głowami przechodniów, daszek, urwana rynna, firma 41 lei z dostawą do domu, biały, ledwie pączkujący bez, reklama jakiegoś filmu, biały posąg, hotel, balkon z praniem rozciągniętym na sznurku.

Ostatni przystanek, kilka zaparkowanych autobusów, opuszczone wagony, stróżówka, senny strażnik, przerzedzony tłum. Wiatr wydyma mu płaszcz. Przechodzi asfaltowym placem, krocząc między kałużami benzyny i ściekami spopielonej trawy. Przemaszerowuje obok stacji benzynowej, gdzie kilku ludzi czeka na napełnienie butli, wesoło macha ręką, do świtu jeszcze daleko, miłych snów. Ktoś go przeklina, ale on nie słyszy, a nawet jeśli... Apteka otwarta całą dobę, dwie kobiety śpiące przy okienku. Kino w dzielnicy, warsztat wulkanizacyjny z gigantyczną oponą zamocowaną nad chodnikiem i pomalowaną na czerwono. Skręca w wąską uliczkę, akurat obok latarni, która rzuca na bruk czerwonawe światło jak za kulisami, mówi sobie w myślach. Zbliża się do klubu i znowu ruch na ulicy. Ktoś go rozpoznaje, zamieniają kilka słów. Różowy manekin z wystawy gapi się na nich. Założę się, że jego dusza też zmartwychwstała. Jutro kierownik doliczy się i odkryje jego brak, będzie zmuszony zastąpić go samym sobą pod szybką między odlewami z gipsu. Sztywny manekin wesoło szczerzy zęby. Jego spojrzenie jest trochę bardziej żywe niż spojrzenie Sandu. Gubi się w tłumie zgromadzonym przed szklaną ścianą klubu. Sala do tańca, sala do festynów, bali i zebrań, bazar starzyzny, parkiet i rozrywki dla mieszkańców przedmieść. Afisze na murze sięgają daszku informującego o gali bokserskiej, o filmie indyjskim w czwartek. Dwie twarze o lekko orientalnych rysach patrzą na siebie rozkochanym spojrzeniem ponad grupką palm pilnowanych przez słonia. Ogłoszenie o występie grupy Sandu dzisiejszego wieczora. Chcesz zostać sekretarką – skończ kurs maszynopisania, krawiectwo oszczędzi wam nadmiernych wydatków.

Naciąga beret na głowę i popycha po nieforemnym stoliku ustawionym wzdłuż chodnika dodatkowy bilet. Soby nucił coś, aaale laaaaska! a ta stroiła miny łaskotał ją po myszce a ona uderzała go po rękach, że zobaczysz, że innym razem, ale cały czas przysuwała się do niego, aż jej dech zaparło po tym co zrobił Vicã wywrócił się na motocyklu do rowu ostro jechał ratownicy znaleźli go po całej nocy szukania spędził całą wieczność w gipsie na Ostrym dyżurze poszliśmy całą paczką go odwiedzić super koleś jeśli ja miałbym wypadek to i moja ukochana szalałaby za mną, prowadza się z tym dupkiem, ostatnia z niego szmata ale jest studentem, tiiaa, jego bracia przepłynęli wpław i wysłał rodzicom widokówkę z daleka, szła trzy miesiące daj spokój ta kładzie się pod, nawet do egzaminu końcowego nie dotrwała bo obracali ją wspólnie Gino i Nicu z XI-tej B ona kocha tylko Gino ale Nicu jest jego kumplem więc dzielą się nią bez urazy przyniosłam ci kotlety chcesz mama przyniosła trochę mięsa ze stołówki, a moja pojechała ze swoim nowym gachem z Tîrgovişte żeby przedstawił ją swoim krewnym, więc jesteśmy wolni dzisiejszej nocy, to dla nas najpiękniejsze ze świąt, ale z was szmaty panienki chodźmy do mnie w lodówce oprócz żarcia mam też butelkę wódki Stalinskaya ten kocur Sili też przyjdzie, i Robe, i Klaus, lepiej zostańmy sami kochanie, wreszcie nadarza nam się okazja a my ją marnujemy, nic mnie to nie obchodzi, maaaaaam pliiiz dont goł pliiiz dont goooł let mi goł daj mi dżinsy sprzedaj mi je dorzuć mi ciasto z kremem do cassate, inaczej niczego sobie nie pooglądasz i nie noś więcej moich spódnic cholero mam śpiwór pierwszej klasy w maju jadę do Costineşti, myję się pod pompą na kampingu, chadzam do stołówki, gromadą, jak studenci i leżę na plaży dniami i nocami nie mam dość wyjeżdżam ostatni, nie masz w tym śpiworze miejsca dla jeszcze jednej nieboraczki następnego lata zakosztuję wszystkiego możesz mnie żałować ale nie jestem już dziewicą straciłam cnotę w wieku szesnastu latek kochani kiedy dyra zafundowała mi poprawkę mówiła że jestem jak wrzód że niby rodzice mają przyjść do szkoły a moi starzy rozrzuceni na cztery wiatry tata kładzie asfalt w Iraku mama w szpitalu tylko dyżury tylko nocki w domu rzadko bywa jest neurasteniczką nie znosi spać sama ty wciągasz dym do płuc Rapid wbija tym głupkom na dwa zero nie cofamy się ta idiotka od Magraonu rzuca go bije ją ma podbite oko Vaska pomalowała włosy ależ u mnie jeśli nie dudni bas w przeponie to nie ma muzyki która mogłaby mnie poruszyć wycisnąć mi łzę odebrać mi zmysły ukoić mi nerwy to jest prawdziwa sztuka zapomnieć o życiu które wiodę chcę być szczęśliwa myśleć tylko o pięknych rzeczach chcesz kanapkę z mieloną kiełbasą brawo słodki jesteś.

Wysoki hol wypełniony zdesperowanymi krzykami, próba dźwięku; młodzież z dzielnicy przybyła się rozerwać, napić się ciepłej lemoniady, przegryźć ciasteczka, krzyczeć ile sił w płucach poocierać się o partnerów, dławiąc się krzyczeć one for the money two for the show. Sandu wymienia się wrażeniami z saksofonistą, tłoczy się przy bufecie, kupuje paczkę dropsów, a oto i sympatyczna Jiji, śmiejący się pyszczek, równa dziewczyna bez fochów, która za kulisami czasami podaje mu ręcznik by się wytarł, uśmiecha się do niego gratis, wkłada mu gitarę do pokrowca po tym jak ją wyczyści. Przestał grać na fortepianie odkąd go opuściłaś Pia, nie jest w stanie dotknąć klawiszy w czyjejś obecności, w domu, kiedy jest sam, zdarza mu się, że nachodzą go wspomnienia. Jiji bierze go w ramiona, całuje go, wymienimy się mikrobami? Ty jesteś aniołem, jak możesz mieć mikroby! Przyniosłam ci szarfę, podoba ci się? i szuka w plastikowej torbie. Chłopacy przyszli? Tak, są w przebieralni. Słyszysz, mówi wyciągając koniuszek języka i przestępując z nogi na nogę, słyszysz, zabierzesz mnie ze sobą po koncercie? Dokąd? Wzrusza ramionami, w lwo, w prawo i schodzi do szatni.

Ależ tu ludzi, Sandu

No zamiast puszczać ich samopas po kościołach zbierają ich w klubach

Jeju, jak się pali to ty od razu wjeżdżasz na filozofię! Znalazłaś moje kable?

Nie, Sandu, ale znalazłam inny, jack-jack, do twojego Marshala pasuje idealnie

Kiedy ci starzy dadzą człowiekowi spokój, wesoła i niewinna jak gołąbek gównażeria.

Ściany wyłożone afiszami. Felix robi przysiady, jest zdenerwowany, uspokój się, bo nas denerwujesz. Bi brejw soldżjer, bi brejw. Ci z pierwszych rzędów zbombardują cię jajkami i pomidorami. Zaopatrzysz się człowieku, bo na rynku tego nie znajdziesz, matka ucałuje cię w domu ze szczęścia. Plus te wszystkie gwizdy, gdy się pojawiasz, zachęca go towarzysz Tesu, ten od konferansjerki, od dowcipów, od wygłupów. Zszedł do ich garderoby spojrzeć czujnym okiem. Nikogo nie brakuje, więc jest sobą zachwycony, dobry organizator, to będzie coś wspaniałego, napiszą o tym w gazetach. Bzdury! Kto jeszcze daje mu wiarę ten jest szalony. Ostrożnie bohaterzy, bez szaleństw, nie dokazujcie. Uważajcie na zachowanie, nie podburzajcie publiczności, taaak? Szkoda by było, żebym wam cofnął pozwolenia, a w taką noc jak ta, wszystko może się wydarzyć, ostrzegam was. Mamy też kontrolę, tak więc… Milczę. Sandu zajęty jest swoim zamkiem, hrssst w górę, hrssst w dół, rytmicznie, Relu wali w bęben, Ovi gwiżdże. A ostrzyc, nadal się nie ostrzygliście, oczywiście! Ech, tak to jest, dlatego was kochają, gdybyście wyglądali tak jak ja, nie mielibyście takiego uroku. Ktoś nalewa mu wino, towarzysz Tesu mówi Bóg zapłać i wycofuje się z oczami zawieszonymi na cyckach jednej z dziewczyn. Ech, zostawiam was, gwiazdeczki, hehe! Świat jest wasz! Trzaska drzwiami. A ty, dlaczego nie nosisz stanika? ryczy Relu, jej oficjalny chłopak, nie widziałaś jak mu ślinka ciekła? Może tylko gapić się do woli. Trzask prask, dwa policzki, skaczą ich rozdzielić. Co jest, kłócimy się o tego gogusia, do diabła z nim!

Sandu posępnie, beznamiętnie przebiera się z pomocą Jiji, wścibska dziewucha, nie daje mu spokoju. Podaje mu t-shirt, ten pomarańczowy z czarnym napisem: I hate mondays. Ty nienawidzisz wszystkich dni, nie tylko poniedziałków, siebie samego też, rany! A oto i błyszcząca kamizelka z cekinami. Zostaje w slipkach, podaj mi te sztruksy z wieszaka, odjazdowe white jeansy, Pia kiedyś przedarła je na kolanie i przyszyła jasno-zieloną łatę, zaczynasz wyglądać jak człowiek! Zapewnia go Jiji serdecznie. Jesteś odmieniony, nie poznałabym cię. Na scenie tak, ale na ulicy nie w cywilnych ciuchach. Podaje mu wojskową marynarkę, z pagonami i sznureczkami z munduru grenadiera z operetki. Pfiu, nieźle. Inni też już się przebrali. Wyobraźnia rządzi, muszki, płaszcze, berety, pióropusze, smokingi, krawatki, T-shirty, cylinder, bermudy. Pfiu, co za kolekcja; strasznie ich bawi zmienianie swojego wyglądu, wchodzenie w skórę kogoś innego, więc w przebieralni mieli sporo zabawy. Ożywili się, nie odstępowali lustra na drzwiach, przeciskali się zaciekawieni. Jak bal, to bal! Jiji mówi, że umaluje go na klowna. Na początku sprzeciwia się, ale to doskonale pasuje do tej nocy! Ogarnia go zwyczajowa apatia i senność. Możesz mnie wysmarować, koniec końców świat stworzony jest przez tego, co się z nas śmieje! Lulu przedrzeźnia go, wycinając gamy na rozstrojonym fortepianie. Jiji trzyma w zębach spinkę, upina mu włosy na karku, żebym ci ich nie pobrudziła. W pośpiechu rusza się wokół niego, dając mu uczucie lekkiego zawrotu głowy. Patrzy przez okno. Mnóstwo nóg, bosych, obutych, adi­dasy, zielsko. Pobielony krawężnik, sandały, koło motocykla, szare buty. Chłopaki udają ważnych w swoich makijażach i łachmanach cyrkowych, mają ochotę wyjść na scenę, będzie dobrze! mówi sobie. Pomasuj mnie trochę, boli mnie gardło, prosi, a Jiji cieszy się, że jest mu potrzebna i zapomniał ją przegonić.

Sandu, wołają cię do księgowości w sprawie kontraktów. Wchodzi po wąskich, śliskich schodach. Ktoś zbił butelkę oleistą cieczą i kawałki szkła rozsypane są na schodach. Linoleum na posadzce, neony, ko­rytarze, coś między ministerstwem a przytułkiem. Przed drzwiami waha się przez chwilę, wróciłby do pieszczot dziewczyny, ale sprawę pieniędzy też trzeba załatwić. Jak tylko wchodzi zalega cisza, patrzą na niego. Jeden śpieszy wyprowadzić go na zewnątrz. Wyglądają jak winni. Jakiś facet pośpiesznie zakrywa stół zastawiony. Patrzcie go, pfiu, wymalowany jak klown, aleś nas przestraszył. Zaczynają się śmiać, wyglądają na imprezowiczów, bez kompleksów! Tylko przebieraniec zastygły w drzwiach je ma, widać to po jego błazeńskiej gębie.

Ech, ile mnie będziesz kosztować dzisiejszej nocy?

Cóż, to wielki dzień, panie Mazilu! odpowiada Sandu przenosząc ciężar z nogi na nogę.

Najpierw – przerywa mu jeden z głową jak insekt, ten zielony w czarnym, błyszczącym ubraniu – wypijmy, bo zmartwychwstał. Lizi, przynieś coś na wzmocnienie, trza mu dużej odwagi żeby stanąć naprzeciw tłumu, jest pełen narwańców. Ech, co wy w sobie macie, że tylu ich się tłoczy, aby obejrzeć wasz występ.

Ech, zdradź sekret … dodaje pan Mazilu z palcami na banknotach, poruszając ustami, liczy nie patrząc na pieniądze, wystarczy mu dotyk.

My tutaj też świętujemy, czy to, co mamy w duszach się nie liczy? Dziwi się jakaś siksa układając karty do remika.

Nie mamy dużo wpływów! pojękuje kasjer, ten z węzłem krawata wbitym w jabłko Adama. My też jesteśmy ludźmi. Wierzymy w Chrystusa.

Nie wątpię, stwierdza w końcu Sandu ugodowo, śpiesząc się ustalić sumę i zniknąć. Sala pęka w szwach, jest trochę ludzi, wypłacalnych mam nadzieję! Pochyla się nad biurkiem księgowego, dyktuje dane z kwitów chłopaków, dodaje kilka prób i mówi: mniej więcej tyle powinniśmy zainkasować netto, stwierdza i cofa się o krok.

Trochę dużo! Ja wiem, czy możemy zapłacić?!…

Sandu milczy arogancko. To im się tak wydaje. Arogant i klown. Czeka, aż się zdecydują. Insekt proponuje zmniejszenie gaży.

Ma być tyle! żąda Sandu.

Widzę, że znasz się na pieniądzach, kolego!

Ostrzyż się, goły kark, rekrut, higienicznie. A te kłaczki na policzkach to co?!… Myślisz, że gdzie jesteś!…

Jak w tym sens? bełkocze pan Mazilu, zaniepokojony huczeniem dobiegającym z zewnątrz, daj mu spokój, to artysta!

I to widać. Z daleka. Klown, farsiarz, komediant! Sandu obraca się na piętach, łapie za klamkę i otwiera drzwi.

…ci to zdołali przetrwać, nie mają pojęcia! Nie zaznałeś okupacji, konspiracji, tego głodu z ’46…

A jaką on ma w tym winę?… ponownie rani mu uszy głos Mazilu, przestraszonego, że zwiną sprzęty i trzeba będzie oddać ludziom pieniądze, jaki będzie harmider.

Nie obrażaj się, jak ma ci nie wyjść, to może ci nie wyjść w każdej chwili.

Wychodzi. Na korytarzu dogania go siksa jeszcze z jednym, podobnym do reszty, człowieku obrażasz się bez powodu, nie można tak! Sandu czuje instynktowny strach przed dyszącym głosem. Wprowadzają go z powrotem do biura pełnego ludzi.

…patrz na tych, zarabiają fortunę! Kudłaci i niedomyci, nie uwierzyłbym, że musimy im zapewnić uczciwy zarobek! Ostrzygłbyś się!… bełkocze czerwono fioletowy tłuścioch wychodząc zza regałów z kartotekami. Nawet nie zauważył, kiedy opuściłeś pomieszczenie. Do wąsów przylepiło mu się trochę żółtka. Przeciąga palcami po kosmyku rzadkich włosów na głowie. Spocił się. Dławi się z furii. Węzeł krawata ma rozwiązany. I gębę takiego, którego nic nie obchodzi. W ciszy, która zaległa po tym jak dziewczyna podała mu szklankę wody, napawa się swoją władzą nad innymi. Sandu kołysze się lekko, ssąc językiem próchnicę na zębach. Milczy, nie odpowiada na prowokacje, ma doświadczenie. I oto tłuścioch chwilę później uśmiecha się, przeszła mu furia, inni z wyrazem ulgi idą jego śladem. Insekt bierze go za ręce i ściska je serdecznie. Ktoś klepie Sandu po ramieniu, bądźmy przyjaciółmi. Tak trzeba, zasługujemy na nauczkę! Udaje pojednawczo i całuje go po policzkach.

Ech, oby był pokój, bo resztę … Weź swoje pieniądze i idź! Podpisz też za innych, masz przepustkę?

Tak, wykonuje precyzyjne ruchy, końcem długopisu śledzi kwotę do zapłaty, kartka ślizga się po szkle przykrywającym wycinki z gazet, fotografie, kilka sprasowanych kwiatów, składa podpisy.

Jeśli mam oszaleć, to oszaleję zliczając kartki! wzdycha ta, która wcześniej dała mu całusa. Policzki ma ubrudzone makijażem Sandu. Ten śmieje się.

Z czego się śmiejesz?! Dziwi się pan Mazilu. Sandu pośpiesznie zbiega po schodach, pod neonami, ten sam zapach chloru, dymu papierosowego i detergentów. Szatnia opustoszała. Poziom wyżej trzęsie się scena. Zanim pojawią się gwiazdy wieczoru, to znaczy paczka Sandu, śpiewa jakiś support. Rozciąga się na ławeczce gimnastycznej zapomnianej na korytarzu, wąska, zimna i twarda.

 

2

 

Z oczami wlepionymi w zegarek. Niebieski kitel z białym fartuchem szybuje między stolikami. Spóźnia się. Pochłaniasz wzrokiem sylwetki na chodniku. Zamówiłeś coś, ale nawet nie ruszyłeś. Usiadłeś strategicznie, mając pod obserwacją wejście. Para staruszków trzymających się pod ramię, pani, bardziej konserwatywna, podtrzymuje pana. Pan podpiera się również laseczką. Dżentelmen starej daty. Zatrzymuje się na chwilę, mierzy wzrokiem stoliczki, plecy, karki, profile, płaszcze, nie rozpoznaje nikogo i sunie dalej jak na lodowisku po podłodze wyłożonej czerwoną kostką. Dama mówi mu coś i pan zadowala się odpowiadając kiwnięciem głowy z uśmiechem. Wzajemnie mierzą się wzrokiem. Lustrują się już od dawna, przykleili się do siebie, oddychają tym samym powietrzem. Brrr, ohydne to, ale są zadowoleni, dobrali się razem w swojej agonii, żeby zginąć. Dajesz im jeszcze jedną wspólną jesień i zimę; przyszłej zimy, szczerzysz zęby ze swojego kąta, skąd obserwujesz wszystko, zabierze ich ze sobą. Ze swoją gębą zawałowca nie wymknie się. Szczerzysz zęby i pociągasz łyk lemoniady. W dalszym ciągu nie ruszasz ciasta. Niebieski kitel z fartuchem pyta cię, czy ci nie smakuje, zamienia ci je, ma lody owocowe, zimniejsze może pan, nie, dziękuję, czekam na kogoś, wezmę żeton, jeśli pani ma. Szuka w kieszeni pod fartuchem. Podaje ci kilka. Wydziobujesz je z jej słoni. Łaskocze ją, śmieje się. Zachowujesz obojętne spojrzenie, podnosisz się, wychodzisz do holu. Czekasz aż jakiś oficer skończy rozmawiać. Niechcący podsłuchujesz kilka próśb, próśb o wybaczenie, zniecierpliwiony zaznaczasz swoją obecność. Oficer bierze swoje kepi z aparatu i wciska je na głowę. Zauważył cię. Milczy przez chwilę i odwiesza słuchawkę wzdychając. Powoli wybierasz numer, brzęczenie korbki. Nikt nie odpowiada, ponawiasz próbę, i tak nie masz nic innego do roboty, i oto, klik, senny głos przerywa szum pustego ciemnego domu, wstrząśniętego dzwonkiem. Jej przeciągłe taaak. Wydaje się, że nie rozpoznała twojego telefonu, jej tak zarezerwowane jest dla kogoś innego. Mówisz jej, to ja, dodajesz imię; ona kłamie, że cię poznała od pierwszej chwili. Chyba mieliśmy się spotkać. Pyta cię, jaki dziś dzień, odpowiada sobie sama, ach piątek, zapomniałam, poczekaj, ubiorę się i przyjdę, będę za godzinę. Rozłączyła się. Czy dosłyszała jak jej mówiłeś, by wzięła taksówkę? Ja płacę!

Wracasz potulnie do kawałka czekolady z lepkim kremem. Dziewczyna w niebieskim kitlu z białym fartuszkiem cały czas prześlizguje się między stolikami. Coś zimnego do picia. Nie tę mdłą lemoniadę. Coś zimnego. Poszukam dla pana w lodowce. Przez duże okna, aż do podłogi, mierzysz przechodniów. Dojrzysz ją na chwilę wcześniej niż się pojawi. Nie myślisz o niczym szczególnym, ćwiczysz trochę palcowanie. Pogrążasz się w twoich ulubionych Schumannach, wykonujesz to gorzej niż korepetytor, wybijasz rytm na stoliczku z czerwonego kamienia. Trochę sobie poczekasz. Kłaniasz się samotnej piękności, prosisz kitel by przekazała jej od faceta w rogu, obok fikusa, bilecik. Zmieniasz zdanie, pani jest znacznie milsza.

Zatrzymuje się na chodniku, puka w szybę rączką parasolki, daje jej znak, wejdź do środka, nie ma ochoty, pokazuje mu niebo; będzie padać, śmieje się. Zmieniła się, próbujesz odgadnąć z jej twarzy ślady innego życia, życia bez ciebie. Inne godziny pracy, nowe ubrania, inne miejsce zamieszkania, metamorfoza tylu miesięcy rozłąki. Wchodzi do środka kawiarni jak do akwarium, szuka cię spojrzeniem ze swoim delikatnym uśmiechem, niemal białych ust. Twój przyśpieszony puls, odsuwasz krzesło, na którym siedzisz odsuwasz się od stolika. Gest mglistej obojętności, będziesz obrzydliwie oficjalny, wszedłeś już w skórę innego. Zbliża się, dlaczego jesteś sama! Nie, oto i dziewczyna, Madi, zakryła ci oczy małymi, zimnymi rękoma. Przypominasz ją sobie z fotografii przypiętej do ściany obok półki z partyturami: delikatna, to po tobie ma tę melancholijną aurę, delikatne przechylenie głowy, niezdecydowany uśmiech. Sadzasz ją obok, postanawiasz być powściągliwy, czujesz jak drga ci żyła na szyi. One były twoją rodziną. Popiół spojrzenia Pii rozsypuje się na ciebie.

Hej! Cześć Sandu. Nie powiesz nic tacie? Pyta ją siadając na krześle, takim z plecionki, jak w dawnych kawiarniach. Zauważyła, że przedmioty niewiele ci mówią. Ona wie nawet ile kosztuje materiał na kotary, wie wszystko o tym zakichanym życiu. Na którym boku lepiej się śpi, jak długo jedzie autobus z dworca w Căţelu, bawi się poluzowanym guzikiem. Nosi jeszcze obrączkę, Madi spogląda na ciebie, schodzi niezdarnie z krzesła i przytula się do ciebie, ma wilgotne oczy. Ty milczysz, coś przytłaczającego, jakieś ciężkie ciało upadło w kawiarni. Para staruszków splecionych we wzajemnych uściskach podnosi się z miejsca. Ty i Pia omiatacie ich spojrzeniami. Oboje, przez chwilę identyczni. Szpiegowałeś ich czekając na nie.

Nie zmieniłeś się, mówi ci, nie odwracają się do ciebie, czekasz aż pojawią się na chodniku. Nie nudziłeś się, mówi ci. Madi objęła cię i nie chce cię puścić. Wyciągasz z siatki lalkę i podajesz jej.

Co odpowiesz? pyta Pia.

Kiedy pójdziemy do taty do domu?

Porozmawiamy innym razem! Pogania ją ona łagodnie. Opowiedz tatusiowi, najpierw podziękuj za lalkę, więc, kochany, w niedzielę zabrałam ją rano do cyrku, wyobraź sobie, że lwica zaatakowała tresera, uratowali go dzięki wężom z wodą, Madi myślała, że to kreskówka i trzymała stronę lwa, ot co!

Wołasz niebieski kitel z białym fartuchem, pytasz, co zamawiają, lody nie, bo przeziębisz gardło, tylko strudle. Na dziś wieczór nie chcesz nic na wynos.

Jej spojrzenia, jej objęcia, z jej włosami tak czarnymi, długimi i ciężkimi jak sen, nocą przyklejałeś się do niej, aby zasnąć z jej zapachem w nozdrzach, zatopiony obok niej, skrzyżowany z jej ciałem. To był zapach waszego snu. Jej subtelne załamania i twoje koszule rzucone niedbale na krzesło i skarpetki schowane pod fotelem, pranie rozwieszone w łazience, filiżanki kawy na parapecie, partytury porozkładane na tanim, czerwonym dywanie, jej podręczniki ściśnięte na półce, jej skulona postać w pokoju, w którym wydawało się, że tylko ty żyjesz, twoja nieczuła i sekretna miłość, pusta skrzynka na listy, nos­talgia tylu idealnych nocy, zabłąkana, zagraniczna stacja radiowa, ciągnąca gardłowo i przerywanie słowa i muzykę, wyłącz to, rozmowy ciągnące się, aż żółtawe światło wpadało oknami. Jej dotyk, jej spojrzenie rzucane ci przez ramię, kiedy ćwiczyłeś, dźwięk jej kroków na klatce, kiedy zbliżała się do drzwi, pełne napięcia sekundy, kiedy wyczekiwałeś hałasu klucza przekręcanego w zamku, nieliczne filiżanki herbaty, które przynosiła ci w chwilach, kiedy pracowałeś i czułeś jak gardło i usta wysychają ci z wysiłku, jej zapach, kark, szyja, barki, brzuch, pachy, ramiona, piegi noce spędzone w piwnicach Klubu A, szukając się wzajemnie wśród dymu z papierosów i słuchając Johnny’ego Răducanu. Jej oddech we śnie, ślad jej ciała zostawiony na prześcieradle, przeciągające cię czekanie na tramwaj w deszczu. Omlet wciągnięty na szybko w gospodzie, szczegóły wieczoru, jej obuwie, filmy w kinotece po całonocnym staniu w kolejce i cogodzinnych wykrzykiwaniach oczekujących, żeby zobaczyć jakiś staroć na podniszczonej, osmolonej taśmie, z płaszczem pozostawionym na ramionach z powodu zimna. Zimno, zimno, zimno. Jej zadziorne piersi, kiedy obejmowałeś je dłońmi, jej leniwe ciągnące się w nieskończoność godziny spędzane w łóżku czytając, zatopiona, nie słysząca nic, obłędna cisza, tłuczona twoimi gamami i ona natychmiast rzucająca się na ciebie by robić ci wyrzuty, by cię dręczyć. Jej talia jak ze snów i jej przeciągające się wizyty u sąsiadów, zostawiała cię samego, byś pracował a ty dotkliwie odczuwałeś jej brak, pokój natychmiast pustoszał, gracja. Lekkość powietrza, od wysiłku zacierała się, przedmioty wokół znów się pojawiały, fortepian zaznaczał swoją ciężką, masywną obecność i zatrzymywałeś się, wbity w wasz jedyny fotel, przeglądałeś jeden z przyniesionych przez nią albumów, przerażała cię gromada żuczków widniejących na planszach anatomicznych, wywoływały w tobie głód niepohamowanej ucieczki, populacja w uchodźstwie. Na cokolwiek byś nie patrzył, nie odnajdywałeś równowagi, póki nie słyszałeś jej w holu, otwierała szklane drzwi, zarumieniona, turkocząc nowinki zasłyszane u sąsiadów, prostacka historyjka, pojawił się pewien rozwodzący się bawidamek, ciekawy typ. Machałeś ręką znudzony, twoja twarz nie zmieniała wyrazu, cieszyłeś się, że wróciła. Ależ byłeś od niej zależny! Od jej nastrojów, scen, kaprysów! Teraz też ją czujesz, choć nieobecną pytasz ją o coś. Kot zeskakuje z kanapy. Tele­fon brzęczy, to twój szczególny wieczór, nie odbierasz. Jej zdjęcie ustawione na fortepianie, obok popielniczki, stos partytur, skórki po jabłkach.

Ona obraca w ręce łyżeczkę nie dotykając talerza, ostrożnie oddziela ciasto francuskie od nadzienia, drobiazgowo, jak żuczki z albumu, pomaga małej.

Nie trzeba było się fatygować! zapewnia cię. Nie rozumiesz, nie oderwałeś wzroku od jej włosów. Z lalką! Nie za wesoło u ciebie z pieniędzmi. Wyciera buzię Madi, chowa chusteczkę do torebki, mała pije z podłużnej szklanki trzymając ją obiema rękami, tę żółtą zawiesinę z nektaru cytrynowego. Zwilżone usta wokół, beka cichutko, Pia grozi jej palcem, a teraz idziemy do taty! mówi i zaczyna podskakiwać wokół stołu. Ty w dalszym ciągu milczysz. Przypuszczam, że muszę zabawiać cię rozmową, mówi Pia. Układa talerze, łyżeczki, szklanki. Wyciągasz rękę i powstrzymujesz ją, trwasz tak chwilę, ściskając jej palce, ona zastyga, nie cofa ręki. Czujesz jej chłód, czujesz jak lewituje na innej orbicie, przywołujesz w pamięci już tylko jej ubranie, rekwizyt kawiarniany, cyfrę z kalendarza. Niebieski kitel sprząta, pyta czy chcą coś na wynos. Wydaje się rozczarowana faktem, że masz rodzinę, masz gębę samotnika, który przyszedł spędzić popołudnie wydając dwudziestaka, czytając gazetę, obserwując przechodniów. Szkoda, wypadłeś z rzędu jej ulubieńców, od pewnego czasu podziwia oficera obok, rozpiął ostatnie guziki przy marynarce, wygląda na załamanego. Ciekawe, jak kawiarnia zbiera wszystkich takich frajerów jak my! Jak pożałowania godne, bezpańskie psy. Twoje milczenie zawsze wyprowadzało ją z równowagi.

O czym myślisz?

Tęskniłem za tobą. Zrozum, że tak dalej nie można. Zapłać i wyjdźmy, Chcę pochodzić trochę po sklepach. Podnosi się, ty siedzisz jeszcze z łokciami na zimnym czerwonawym kamieniu. Ulica się ożywiła. Pia stojąc obok ciebie, okazuje zniecierpliwienie, Idziesz czy nie? Obliczasz ile trzeba zapłacić i zostawiasz pieniądze pod serwetką. Niebieski kitel zauważył cię, podchodzi, uśmiecha się do ciebie i zajęta ustawia krzesła, popychając je kolanami. Madi, kilka kroków przed tobą, maszeruje obracają lalkę.

Czerwiec, niepewny i wilgotny, na wystawie mieni się manekin, garaże Leonida, Skoda break zajmuje chodnik. Kręcisz się obok kramu z książkami i drobiazgami. W kinie, w holu, mnóstwo szarych ludzi, hałaśliwych, jakiś znajomy macha do ciebie, mówi kręcąc dłonią wokół ucha, zadzwoń do mnie, rodzina… podchodzisz do Pii, chwytasz ją za ramię, zatapiacie się w skrzyżowanie. Ona milczy, czujesz przepaść między waszymi ramionami. Myślicie o tym samym, ona czeka, żebyś to ty zaczął, ale cieszyłaby się, gdybyś nic nie powiedział.

Kochasz ją, wie o tym, jest swobodna, udaje. Uczepiłeś się jej, jej obaw, jej nastrojów. Wydaje ci się, że słyszysz spod jej lekkiego, cieniutkiego płaszcza jakby trzeszczenie mechanizmu nakręcanego kluczykiem. Uważasz ją za piękną, oto ona mierząca cię z wystawy agencji Aerofłot pełna map i lalek, z których mała chciałaby jedną.

Nie są na sprzedaż, masz już swoją.

Dlaczego nie wrócisz? Nie masz nikogo.

Skąd wiesz?

Sprawdziłem.

Nie bądź taki pewny, a poza tym do niczego mi już nie jesteś potrzebny, Sandu! Mam już dość biedy, iluzji, oczekiwania. Chcę żyć. Powietrze, przy tobie brakowało mi powietrza, obskurny pokój zajęty przez twój fortepian, wszędzie te twoje partytury, twoje obsesje zawarte w każdym geście, w każdej chwili. Mam już dość.

Potrzebuję cię, Pia! Próbowałem pracować. Madi Wraca. Zostaliście gdzieś z tyłu, a ona osamotniona, przestraszyła się.

Być może, ale nie interesuje mnie już, co robisz, możesz nie pracować, niszczyć się, to twoja sprawa! Każdy ma swój los.

Przechodzi grupa Murzynów, ubranych na jasno, zajmują chodnik, głośno rozmawiają, Madi wciska się między was. Pia wyjaśnia: to też są ludzie, mają ciemniejszą skórę od przebywania na słońcu. Przypomina jej, że ona też się opaliła ubiegłego lata w Eforie.

Ty zawsze wykładasz na stół swoje sprawy, a moje życie się nie liczy? Mówisz, że czekałeś na mnie, czysty egoizm! Nie ma kto przynieść ci herbaty, wytrząsnąć popielniczkę. Nie masz pod ręką kobiety, żebyś się nią wysługiwał, kiedy już zejdziesz na ziemię po codziennym rzępoleniu na pianinie. Mojemu panu brakuje służącego i cierpi. Ktoś zabrał ci ulubioną zabawkę. Przełykasz ślinę, dalej trzymasz ją za ramię, słuchasz jej słów w milczeniu. Odprowadź mnie na przystanek, zepsułeś mi wieczór swoją natarczywością, skończyło się, a ty głupio się upierasz. Próbujesz powiedzieć, że ci jej brak, że zostawiła ogromną pustkę odchodząc.

To tylko słowa Sandu, miałeś tyle czasu, by mi to wszystko okazać, wystarczy. Cały czas czułam się przy tobie samotna, zupełnie sama, i nie chcę dłużej. Miłość jest jak pieniądz, masz ją albo nie, zaś ja… wybucha płaczem. Przechodnie przystają na chwilę. Czujesz się winny. Nie wiesz, co zrobić. Obejmujesz ją w talii, Madi ciągnie za płaszcz Pii. Gani cię: Wstręciuchu!

Po karoseriach, po dachach bębni deszcz. Chodnik czernieje w oka mgnieniu. Podkład dźwiękowy ulicy natychmiast się zmienia, głuchy turkot spływa po murach i z sufitu chmur zawieszonych ponad dachami. Prawie zapadł zmrok, czerwonawo-fioletowe słońce szybuje ponad oknami, w których załamuje się ociężale. Ogród Ikony świeci pustką, trzy staruszki znikają wlokąc się między nie obrosłymi krzakami. Usiłujesz zatrzymać taksówkę, kierowca nie zatrzymuje się; przeklinasz go. Milicjant ze stróżówki obok ambasady stoi na warcie, proponuje, że potrzyma małą, kiedy przyjdzie potop. Madi się przestraszyła, trzęsie się. Błyskawice zawsze ją przerażały. Nic się nie stanie, zapewnia ją podoficer. Nagle leje jak z cebra, ulewa spływa po bruku i dachówkach. Nie widzisz dalej niż na krok, owija was para. Milicjant zapala latarnię, Madi wydaje się rozbawiona, lecz szybko się nudzi, chodźmy już. Powinno przestać, to wiosenny deszcz. Nie wszedłeś do stróżówki i przemokłeś do suchej nitki, Pia zrzuca winę na ciebie.

Nie mogłeś wybrać innego dnia, nie wiedzie nam się razem, wszystko jest przeciw nam.

Lepiej spójrz, przemokłam do suchej nitki, ach!

Och, wrócisz do domu, weźmiesz gorący prysznic i ci przejdzie, sam wiesz, jak się o siebie zatroszczyć. Podoficer wracający z patrolu oświadcza jej, że zatrzymał karetkę. Zwiezie ich do domu. Wsadzanie małej do samochodu, przechodzisz w pośpiechu odległość do pary zapalonych latarni. Wracasz i chwytasz Pię. Bierzesz ją w ramiona. W środku Madi położyła się na kozetce, zamknęła oczy i zakryła uszy dłońmi. W domu, kiedy zapowiadano deszcz pakowała się do łóżka i zasypiała, kiedy się budziła niebezpieczeństwo już minęło, na zewnątrz było pogodnie.

 

3

.....

Reflektory gasną. Magiczne oko podstacji świeci bladym zielonkawym światłem czerwone światełka kontrolne. Z miksera wydobywa się, zagłuszając szum sali, dzwiek syreny, ich sygnał otwarcia. Mrok rozrzedzany światłem błąkającym się ponad głowami. Później cisza. Na tyłach sceny zapala się ekran z fotografiami ich twarzy zrobionymi podczas prób wyświetlanymi w zwolnionym tempie. Przeszli po deskach niezauważeni, włączyli podstację, atmosfera wypełnia się dyskretnym bzyczeniem, syrena nie przestaje wyć, reflektor odsłania kontury grup głów wyrostków. Twarze pożółkłe, błyszczące, sine, popielate, wydłużone. Sandu jedynie je sobie wyobraża. Stoi do nich plecami, pochłonięty strojeniem, czuje się niepewnie, powtarza po raz setny te same gesty, filuje mechanicznie identyczne dźwięki, hej, nigdy nie będzie zawodowcem. Syrena nagle ustaje, wstęga światła okrąża mikrofon numer cztery, Felix usadowił się tam, ze spojrzeniem nakierowanym na środek sali, wytężony, przygotowany wzbudzić ich podziw. Jeszcze jeden reflektor, światło eksploduje na zestawie czerwonych bębnów, miedziane obręcze napromieniają powietrze brunatną barwą. Relu zaczyna poszturchiwać pedał buuum buuum, precyzyjnie urywane półnuty. Mrok, który zapadł poza obrzeżem sceny zaczyna dźwięczeć, podchwytuje buuum buuum. Sandu jeszcze liczy, sala pełna napięcia, za chwilę Lulu rzuci się do syntezatora, no już. Twoje banalne życie roztrzaskuje się, czujesz, że zgnilizna znika gdzieś póki trwa koncert, przeciwstawisz się samotności, oczom, które mierzą cię z wystawy, dozorcy, który skądś wie, że podejrzany z ciebie typ, degenerat nadającym się na milicyjny dołek, czujesz, że wystarczy byś ścisnął gitarę i zanucił coś byś odzyskał spójność. Podkręcasz potencjometr. Dalej!

Chrystus zmartwychwstał! szepce mu do ucha. Ustawiony niedaleko mikrofon łapie słowa i napełnia nimi salę. Milczą. Wydawało im się. Zaczyna się pierwszy utwór, palce ślizgają się pewnie po klawiszach. Smukły gryf poddaje się posłusznie. Głuchy szum sali. Reflektory w końcu oświetlają scenę. Wszystko odbywa sie jak za dawnych czasów. Tylko chłód biegnący po kręgosłupie jest niedawny. Wykonuje nerwowo trudną partię. Klęka, pokazuje im gitarę, oto ona, gra dalej podekscytowany, emocja zawarta jest w cenie biletu. Pracuje dzielnie, Felix szaleje przy mikrofonie, obejmuje go, poszturchuje, pochyla, pokazuje język tym, którzy przylepili się do sceny, prosi ich usilnie kłóci się z nimi, tańczy, wybucha przy końcówce utworu, pada płasko na deski i czeka aż zacznie się znowu. Oświetleniowiec gasi światła, załącza stroboskop, ich ruchy rozmywają się i rozszczepiają, wiązka niebieskiego światła przecina go, szatkuje na kawałki. Lewe ramię, łepetyna, serce oddzielają się od reszty, prawa strona zostaje przytwierdzona do podłogi. Spotkają się za kilka jednostek i anatomia połączy je w sekundę, i znowu rozetnie je wiązka, mieszając się z pofragmentowanymi ciałami, które majaczą na scenie. Niedokończone gesty, zarysy figur, rozmyte kształty, mgliste obrazy. Pochłania cię coraz to szybsze kołysanie, toniesz w gąszczu zimnych wrażeń, dobiegających spoza twojego ciała, kołyszesz się szczęśliwy. Następuje inny utwór, wypluwamy ostatnie zwrotki w mroku, który huczy spoza wzmacniaczy. Porządkowi ruszyli z latarkami uspokoić prowokatorów i wyprowadzić ich z sali. Felix jest niezmordowany, idealny w swojej roli gwiazdy rocka bukareszteńskiego przedmieścia, jutro wróci do swojej pracy w składach Chitila, przybierając ofiarnie gębę ładowacza-rozdzielacza w magazynie B. A Relu w U.M. 016, gdzie czasowo pracuje jako kopista. Mają dobry wieczór, wszystko idzie im zgodnie z planem.

Ten mrok ma w sobie coś złowieszczego, rozszalał się, skandują ich imiona, śpiewają jak chór, ich teksty krążą jak folklor w zeszytach licealistów, są popularni, podoba im się to. Zrzucają z siebie skórę ponuraków z ulicy. Przemieniają się w tych niebezpiecznych typów z afiszy, są innymi ludźmi. Nigdzie o nich nie piszą, ale każda sala w dzielnicy napełnia się ludźmi, kiedy na sobotni wieczór zapowiadają ich występ. Sandu uśmiecha się i zaczyna się finał. Felix, cały mokry, robi krok naprzód, robiąc swój szokujący szpagat, ale najpierw rzuca statyw ponad głową i łapie go caaaa łąąą nooocc caaałą nooc włłóó czyy myyy sięę kttoo póójjdzie mooim ślaadem ooo kiimm bęęddę nnoocą śniiłłł. Mrok to to wyrafinowane urządzenie; istota ze zmysłami, ma swe własne ciało, stoi pod wysokim sufitem sali i opycha się. Cierpliwie czeka, uderza w podłogę, skamle, jest w transie, prosi usilnie. Sandu wykonuje ostatni kawałek, na syntezatorze Lulu traci zmysły. Światło pada gwałtownie, tak jak na początku. Syrena zagłusza huk sali, oni znikają za kulisami. Sandu chwyta cytrynę, Lulu podśmiechuje się wesoło, jakaś panna oszalała na jego punkcie i przynosi mu kwiaty. Relu przeklina trybik, który zawiódł tuż przed przerwą. Ludzie ich kochają, to się liczy. Towarzysz Tesu, przestraszony, grozi im palcem, znowu podburzyliście publiczność, ale dobrze, że w końcu się skończyło. Pojawi się znowu, kiedy harmider będzie mniej intensywny i zmęczenie oczekiwaniem zapadnie we wszystkich salach.

Następuje bis jakiegoś kawałka, Grosman uruchamia wytwornicę dymu, najpierw w mgle koloru bzu nogi, później korpusy, przez chwilę łepetyny unoszą się w chmurach razem z aniołami. Te same nieskomplikowane ruchy. Schodzi na dół, brzdąkania gitary przenikają aż tam. Z rzadka jakiś zagubiony reflektor odsłania zdumioną figurę i przesuwa się dalej, pozwalając obrazowi unosić się w powietrzu bez ciała. Powoli rozpada się, mrok wyczerpuje się, oświetlona, pusta scena. Neony zapalają się, tłum rozchodzi się w kierunku tramwaj. Zdenerwowany Sandu potrąca krzesło. Za kulisami, chaotyczna krzątanina. Chłopaki rozmontowują instalację. Ktoś z klubu pogania ich. Pusta sala wzbudza w tobie niepokój. Gdzie rozproszył się ten mrok pełen oddechów, żyjący swym własnym życiem. Pozostały tylko nie ustawione krzesła, stosy kartek zamiatanych przez trzy kobiety, kilku spóźnionych. Resztki. Sandu przeciąga się pod ścianą, zmęczony, na półpiętrze, zamyka się w garderobie, nie chce słuchać biadolenia elektronika, fanek żebrzących o autograf. Wyprany z myśli, w pokoiku, wśród ścian wytapetowanych starymi afiszami, słucha brzęczenia na górze. Rozmontowują, zwijają kable, wkładają podstacje do skrzyń. Robi się senny. Podchodzi do okna. Lubi uczucie chłodu, które bije od ściany. Rozciąga ramiona w krzyż, zostaje tak przyklejony skronią do ściany i okna, miękną mu kolana, chciałby krzyknąć, przewrócić szafy, rozedrzeć się. Pozostaje tak, Jiji zastaje go ukrzyżowanego na ścianie jak ukarane dziecko. Stoi w drzwiach bez słowa. Zamyka je, wyślizguje się na zewnątrz, po cichu. Pilnuje na korytarzu, aby nikt nie wszedł.
 

About this issue

This July, The Observer Translation Project leaves its usual format to present a special CRISIS ISSUE. Things are tough all over. Hard Times suddenly feels like the book of the moment. The global economic crisis impacts life as we know it, and viewed from Bucharest the effects reverberate in domains that include geo-politics and publishing in Romania and abroad, with the crisis at The Observer Translation Project as an instance of a universal phenomenon. read more...

Translator's Choice

Author: Vasile Ernu
Translated by: Monika Oslaj

Oda sovjetskom toaletu

Oda sovjetskom toaletu Posvećeno Iliji Kabakovu Za sovjetskog građanina ne postoji ništa intimnije od toaleta (Dopustite mi sa velikim poštovanjem koje imam prema ovom mjestu i ovoj ...

Exquisite Corpse

Planned events in Cultural Agenda see All Planned Events

17 December
Tardes de Cinema Romeno
As tardes de cinema romeno do ICR Lisboa continuam no dia 17 de Dezembro de 2009, às 19h00, na ...
14 December
Omaggio a Gheorghe Dinica Proiezione del film "Filantropica" (regia Nae Caranfil, 2002)
“Filantropica” è uno dei film che più rendono giustizia al ...
12 December
Årets Nobelpristagare i litteratur Herta Müller gästar Dramaten
Foto: Cato Lein 12.12.2009, Dramaten, Nybroplan, Stockholm I samband med Nobelveckan kommer ...
10 December
Romanian Festival @ Peninsula Arts - University of Plymouth
13 & 14 November 2009. Films until 18 December. Twenty of Romania's most influential and ...
10 December
Lesung und Gespräch mit Ioana Nicolaie
Donnerstag, 10. Dezember, um 19.30 Uhr Ort: Szimpla Café Gärtnerstrs.15, ...
 
 

Our Partners

Razvan Lazar_Dunkelkammer SENSO TV Eurotopics Institutul Cultural Roman Economic Forum Krynica Radio Romania Muzical Liternet Radio France International Romania Suplimentul de cultura Radio Lynx